...za wyjątkiem jednego, które brzmi : milicja.
O zespole ZIMA wspomina Janusz Reichel i komentuje RobinHood Plus.
Kiedy w 1988 roku ZIMA wystąpiła na 1-wszo majowym festynie w Radomiu, organizatorzy kazali opuścić nam scenę po trzecim utworze, mówiąc, że "o wolności to sobie możemy w domu śpiewać". Ciekawa koncepcja (hi,hi,hi). Chociaż, rzeczywiście zaczynaliśmy od muzykowania w domu. Jeszcze zaraz po rozpadzie poprzedniej kapeli NO PASARAN ( nie mylić z późniejszą kapelą S.E., już nie pamiętam skąd), zaczęliśmy jakieś eksperymenty, jako podkład rytmiczny puszczając w kółko jeden rowek z płyty winylowej. NO PASARAN mało koncertował. Trochę w tym winy małej ilości kontaktów z niezależną sceną, jakie wówczas mieliśmy. Dla nas z perspektywy Nowego Sącza wszystko się dopiero budowało <!--Minęło ponad 10 lat i tam się dalej buduje -->. ZIMIE pod tym względem już nic nie brakowało, ale też rzadko nas można było podpatrzeć na żywo. Względna rzadkość publicznych ujawnień wynikała z naszego rozrzucenia po kraju, a od jesieni 88 roku po świecie. Jurek Zimuś jako jedyny pozostał w Nowym Sączu, Jaco zaczął studia w Krakowie, Puzon w Radomiu, a ja w Łodzi.
W 1991 roku, kiedy po powrocie Puzona ze Stanów Zjednoczonych, nasza trupa znów ożyła, ZIMA odgrzała dwa stare utwory NO PASARAN: "Jest rano" i "Zaćmienie". W ogóle piosenki ZIMY tego roku stanowiły jej najlepszy program. Bazyl przejął już całe bębnienie w zespole, tak że zyskaliśmy na mocy i równym graniu, a i Puzon miał się nieźle. I muzyka i teksty prezentowały się bardzo solidnie. Niestety przed kolejnym wyjazdem Puzona, zdążyliśmy zagrać tylko dwa koncerty. Jeden zachował się w całości na video (dźwięk, mimo, że rejestrowany mikrofonem kamery utrwalił się nawet dobrze). Ale nie ma tam jeszcze wspomnianych starych kawałków - te złożyliśmy dopiero na próbach u Bazyla w Siennie. Udało nam się je zagrać na koncercie w Nowym Targu.
Od samego początku było jasne, że zespół to jest zespół przede wszystkim ludzie i ci ludzie muszą się nadawać do życia, a nie tylko do muzyki. Dlatego nigdy nie rozważaliśmy tego, aby "zatrudnić" kogoś lepszego od ludzi, którzy akurat byli w zespole. Drażniło nas np. - i czasem o tym rozmawialiśmy - że Jurek nie robi postępów za perkusją i podczas koncertów są z nim kłopoty, ale przecież był częścią ZIMY i znakomitym przyjacielem, więc nikt nie wyobrażał sobie, że nagle wypowiemy mu "pracę". Rozwiązanie przyniosło samo życie i od pewnego momentu mieliśmy w zespole dwóch "fizycznych": tj. Jurka Zimę oraz Bazyla. Stało się to chyba na próbach przed wspomnianym koncertem w Radomiu. Bazyla, swojego kolegę ze studiów, przyprowadził Puzon. Trochę dżemowaliśmy i na koncert wyszliśmy w piątkę.
Nazwę ZIMA przyniósł Jurek. Nie wiem jak to zrobił, ale trafił. Skład także od początku był trafiony. Chociaż Puzon nigdy wcześniej nie śpiewał, to jednak szybko złapał właściwe tony. Na pierwszym nagraniu z pierwszej próby, jeszcze w Nowym Sączu w klubie "na Helenie", słychać jak drży mu głos. Perkusja w tym klubie była w stanie skrajnym. Brakowało talerzy, co słychać na nagraniu. Zjawa - jak wtedy mówiliśmy na Jurka - wystukiwał rytm o obręcz bębna. Cały sprzęt był do dupy. Ale nagrania robione na mikrofon jakimś cudem są fajne.
Mieliśmy manię nagrywania. Nagrywaliśmy wszystko: koncerty, próby, czasem nawet te robione w domu. Z lubością potem słuchaliśmy naszych wytworów, częściowo tylko poddając je wspólnej analizie (wystarczyła nam synteza, hi, hi). Zawsze po koncercie, który właśnie zarejestrowaliśmy, zbieraliśmy się razem, żeby go odsłuchać. Dużo śmialiśmy się, zwłaszcza ze słabszych momentów grania. Jeśli po koncercie akurat się rozjeżdżaliśmy były poważne problemy, kto ma wziąć taśmę. Najczęściej udawało się to mnie, ale bywało też inaczej i wtedy moja ciekawość długo pozostawała niezaspokojona.
Trochę muzyki ZIMY udało się rozpowszechnić. Wydawaliśmy kasety na zasadzie "trzecioobiegowej" czyli żadnej. Jeśli by tak policzyć wszystkie koszty to okaże się, że dopłacało się do tych produkcji. Nienajszczęśliwszy to obyczaj życia alternatywnego. Jeśli komuś udało się coś tam dokładniej policzyć i oferował droższe wytwory, od razu uruchamiała się podejrzliwość. Efemeryczność naszej sceny wynikała m.in. z tej antypatii do biletów NBP. Czasem nawet, jeśli chciałoby się inaczej, to było to po prostu niemożliwe - bywały kłopoty z wyegzekwowaniem zwrotu kosztów przejazdu (impreza była na minusie), więc jak tu w ogóle myśleć o skromnych choćby pieniądzach rekompensujących inne koszty oraz włożony wysiłek. Dajmy temu spokój.
Po ZIMIE zachowało się - jeśli chodzi o nagrania - aż nadto z tego, co powinno się było zachować. Choć wiele ulotnych momentów z prób i koncertów zginęło bezpowrotnie, to jednak dokumentacja jest obfita. Co z tym teraz zrobić? Chyba już nikt nie chciałby tego słuchać. Może najwyżej jacyś nieliczni, którym serce mocniej bije i łezka w oku się kręci, gdy słuchają klimatów z tamtych lat. Ale czy jest ich jeszcze choć kilku?
Chyba pierwszym kasetowym wydawnictwem ZIMY były kasety oznaczone WINTERRECORDS 004 (?) - było ich aż ... 5 egzemplarzy, każdy inny. Na każdej taśmie był inny zestaw nagrań. Okładkę i książeczkę do każdej kasety robiłem ręcznie. Każda była inna. To teraz pewnie takie białe kruki. Książeczki zawierały moje rysunki i przerysowanki, teksty, hasła, znaczki itd., itp. Kilku nabywców nie byłbym w stanie zidentyfikować, ale jeden egzemplarz powinien być ciągle w posiadaniu niejakiego Skiby 'Big Cyca'. Skiba wydawał wtedy w Łodzi "Przegięcie Pały" i animował różne wydarzenia pomarańczowe. Dość krótko podczas naszych koncertów rozpowszechnialiśmy wydawnictwa jego Galerii Działań Maniakalnych. Potem gdzieś ścieżki się rozeszły. <!--I dobrze-->
Kolejnym wydawnictwem chronologicznie była chyba amerykańska kaseta wydana przez Porkopolis. Materiał z koncertu w Wodzisławiu Śląskim zawiózł do Stanów Puzon i tam udało mu się doprowadzić do tego, że się ukazał. Taśma na stronie A zawierała ZIMĘ, natomiast strona B była pusta. Trudno mi powiedzieć na ile Puzon panował nad okładką do niej, chyba nawet nigdy go o to nie pytałem. Nie wiem też ile egzemplarzy tej kasety się sprzedało - cóż , nie sądzę, żeby cieszyła się dużym wzięciem, Amerykanie mają raczej czego słuchać, bez potrzeby zapuszczania żurawia w tak archaiczne klimaty.
Cały czas w tym okresie produkowaliśmy jakieś materiały ulotne i mini-zinki. <!-- Ja chciałem robić Wiktor Zina, Zinowiewa i Skurwyzina. Na chęciach się skończyło... --> Zarówno cały zespół jak i osobno Jurek oraz ja. Puzon wspomagał też kogoś w Radomiu <!-- Franka --> w robieniu "Pravdy-Niepravdy". Mieliśmy szerokie plany i wąskie możliwości - głównie ze względu na sporadyczność spotkań. Nie staraliśmy się, aby nasze wytwory miały setki kopii - dzięki temu może nie byliśmy za mocno znani. Prawdę mówiąc zawsze to sobie chwaliłem. To daje większą niezależność niż konieczność ciągłego odpowiadania na tzw. popyt.<!-- Jeśli kto pyta, nie błądzi, to ten, kto popyta - błądzi, dobrze mówię? -->
Nasze kolejne kasety miewały już ponad sto egzemplarzy. Jakkolwiek to śmiesznie brzmi, przy naszej opieszałości produkcyjnej to i tak sukces. Poza tym ten paranoiczny zwyczaj bojkotowania alternatywnych produktów przez alternatywną publiczność - a więc swoisty "samo-bojkot" polegający na przegrywaniu sobie wzajemnie kaset, zamiast je kupić i wesprzeć tym samych swoich ulubionych twórców.
W 1989 roku ukazały się łącznie trzy nasze pozycje: "The Police Can't Settle Our Humanity" w USA oraz "Winterdays 1" i "Każda Instytucja". Te ostatnie pojawiły się równocześnie. Kaseta "Winterdays 1" zawiera muzykę z koncertu, który pod tym hasłem rozpoczął cykl imprez. Ze strony ZIMY głównym organizatorem i animatorem Winterdays był Jurek Zimuś. Do dziś pozostaje pod tym względem aktywny. Na kasecie z pierwszego Winterdays wypuściliśmy fragmenty zespołu z Buska Zdroju KZNA (który bardzo mi się podobał) <!-- Mi też -->, fragmenty USTAWY O MŁODZIEŻY z Krakowa i do tego dwa ujawnienia ZIMY z tego dnia (tj. 30.09.89). UOM miała nam za złe, że nie zapytaliśmy ich o pozwolenie - więc, gdy zgłosili swój protest, zaprzestaliśmy powielać tę kasetę. Nie pamiętam jak to się stało, że nie zapytaliśmy ich o zgodę. Nasza wina jest ewidentna - nie mamy nic na swoje usprawiedliwienie.
"Każda Instytucja" zawiera już 100% materiału ZIMY. Są to zapisy dwóch koncertów oddalonych od siebie w czasie o dwa tygodnie, a tak różnych. Pierwszą stronę wypełnia koncert z Piły z 16.09.89. Jak napisał Zimuś w WINTERPRESS 10 był to "bardzo dobry występ grupy". Jest w tym trochę (?) przesady, ale ogólnie nie było, aż tak źle. Bywało gorzej. Lepiej także. "Najdziwniejszy lecz zarazem interesujący koncert" ZIMY (wg. słów Jurka) zajmuje drugą stronę "Każdej Instytucji". To prawie całość koncertu ze wspomnianej już imprezy Winterdays 1. Podczas obu koncertów śpiewał z nami Paweł, tymczasowy zastępca Puzona. Paweł śpiewał dobrze, miał dobry głos. <!-- Poza tym był też dobrym wokalistą --> Praktykował wcześniej m.in. w grupie AŚKA z Nowego Sącza. Przejęliśmy ich piosenkę "Małe Miasteczka" - to był ich najbardziej czadowy utwór.
Mimo tego nagłego impulsu wydawniczego ZIMA powoli skłaniała się ku hibernacji, ku czemuś w rodzaju snu zimowego, po to aby doczekać powrotu Puzona. Apogeum tej powolnej agonii był chyba bardzo słaby (słyszałem też inne zdania na ten temat) koncert w Stalowej Woli "U Freda" 7.04.90 roku. Zagraliśmy go we trójkę - bez Pawła. Tym razem ja śpiewałem. Na próbie było super. Niestety, nie ćwicząc głosu regularnie, zawsze szybko go traciłem. I tak też się stało wtedy. Pod koniec imprezy właściwie już mówiłem zamiast śpiewać i to ledwo mówiłem. Papierosy i ciastka też pewnie swoje robiły. To, co pozostało po naszym graniu na taśmie to niemal kompromitacja. Dobrze, że publiczność zwykle nie słyszy w hałasie tych wszystkich brudków. Mimo to, kiedy w rok później montowałem wydawnictwo "Dajcie Im Grać" zawierające piosenki ZIMY z lat 1986-1990, postanowiłem umieścić na nim również kilka ciekawszych fragmentów z tego koncertu.
Okładki do "Winterdays 1" i "Każdej Instytucji" projektował chyba Zimuś. "Dajcie Im Grać" to znów całkowicie mój projekt, od oprawy plastycznej po montaż piosenek, które obficie przeplatałem dziwnymi czasem dźwiękami. Znalazły się na niej także moje pierwsze próby z gitarą akustyczną, które w owym czasie "zasypiającej" ZIMY coraz częściej ponawiałem, zachęcany przez mojego współlokatora z akademika.
Pierwszy koncert ZIMY 16.11.86 roku w Nowym Sączu na cyklicznym przeglądzie zespołów amatorskich nie był właściwie koncertem ZIMY. Ja nie dojechałem. Jaco dojechał, ale nie było go na scenie. <!-- Nie musiałem dojeżdżać, gdyż miałem blisko. Poza tym wolę pozytywne stwierdzenie, że byłem pod sceną, a nie negatywne, że nie było mnie na scenie --> Wraz z Puzonem i Jurkiem sklecony na prędce <!-- Co to jest prędka? To samo, co szybka? Taka mała tafelka szkiełka? --> naprędce materiał do tekstów ZIMY zagrali chłopcy z krynickiej EGZYSTENCJI. Na nagraniu słychać jak Puzon zdziera gardło - pewnie nie słyszał się na scenie. Więcej o tym wydarzeniu mogą opowiedzieć ci, którzy tam byli.
Na kolejne ujawnienie czekaliśmy rok. Podczas kolejnego wydania tej samej imprezy tym razem pojawiliśmy się wszyscy. To było 24.10.87 roku. Wzbudziliśmy ogólną konsternację pomieszaną z aplauzem. Od początku naszym działaniom towarzyszyły "profilaktyczne działania muzyczne" - jak ja to nazywałem. Pod tą maskującą nazwą kryje się po prostu happening słowno-muzyczny. Na tej imprezie odkryliśmy, że Puzon ma dużo do powiedzenia i stwarzanie mu takich okazji uznaliśmy za regułę. Wszak śpiewał głównie moje teksty. Na "Dajcie Im Grać" zawarłem prawie całość występu z tego przeglądu, wyciąłem tylko "Chorą Wyobraźnię".
Tydzień później trafiliśmy na podobną imprezę do Radomia. Tu odnieśliśmy pełny sukces - jakby ktoś powiedział. Zagraliśmy bardzo udany koncert, a przy okazji wygraliśmy przegląd nie będąc w zasadzie kapelą z Radomia. Dostaliśmy wtedy jakiś puchar. Jeśli się nie stłukł, to pewnie gdzieś tam drzemie w archiwum na półce u Puzona. Podczas grania chyba nas poniosło. Był taki moment, że razem z Puzonem leżeliśmy na scenie. On nadal śpiewając, ja - grając. Gdy się przewracałem, właściciel gitary (grałem na pożyczonej) pewnie o mało nie osiwiał. Nic jednak się nie stało. Sytuacja przed koncertem była "śliska": sympatyczny koleś z komisji podszedł do nas i z uwagi na zgłoszone przez nas teksty prosił, byśmy nie przesadzali z jakimiś komentarzami, bo w komisji są dość czuli "goście". Jednak zagraliśmy i powiedzieliśmy wszystko to, co wcześniej było przez nas zaplanowane i jakoś nic się nie stało, a wręcz komisja poczuła się w obowiązku uhonorować nas pierwszą nagrodą. Bywa i tak. Niezbadane są meandry autocenzury. Może ów sympatyczny koleś żywił sympatię do reszty członków komisji i chciał ich uchronić przed stresem?
Tego roku spotkaliśmy się jeszcze na próbie w Łodzi. Udało się załatwić na dwa dni salę i mogliśmy trochę popróbować. Jurek mógł być tylko przez jeden z tych dni i o mały włos a na naszej próbie za bębnami zasiadłby Wojtas, obecny głos w HOMOMILITII. Dzwoniłem do niego <!-- Ja dzwoniłem -->, lecz z jakichś przyczyn nie pojawił się. Drugi dzień prób upłynął raczej na dźwiękowych zabawach. W Łodzi pojawiliśmy się znów równo dwa lata później, tym razem na koncercie i bez Puzona.
Rok 1988 był rokiem dużej naszej aktywności. No, względnie dużej. Można łatwo wyobrazić sobie większą. Koncertowe wyprawy zaczęliśmy dopiero w maju. Na pierwszomajowym festynie w Radomiu mieliśmy swój debiut w byciu wypraszanym ze sceny. Kiedyś trzeba zacząć. Praktycznie od tego koncertu Bazyl został członkiem zespołu, a u Jurka odkryliśmy zadatki na szołmena, które później rozwijał w zespole WIOSNA.
Tydzień później zagraliśmy w Dębicy. Był to dziwny koncert, na dziwnym sprzęcie, ale wspominam go miło. Mieliśmy grać z jakąś kapelą z Ustrzyk <!-- Z Pipinezką -->, ale goście się zirytowali i bez rozmowy z organizatorami dali nogę. Zostaliśmy sami. Podobną sytuację mieliśmy później w 90-tym roku na koncercie w Stalowej Woli, gdy nie dojechała INKWIZYCJA (a może UOM) <!-- Inkwizycja -->. W Dębicy przewód od mikrofonu był tak krótki, że gdy tylko Puzon gwałtowniej się poruszył to wypadał mu z gniazda od wzmacniacza. W połowie koncertu przerwał się drucik, którym zadrutowany był mechanizm od stopy, więc musiałem poświęcić sznurówkę. Choć publiczność podczas koncertu nie okazywała gwałtownie swoich odczuć, odniosłem wrażenie, że byli zadowoleni z naszej gry.
Niecały miesiąc później (4.06.88r.) zagraliśmy, powiedziałbym, mocny koncert w Nowym Sączu. Choć pewnie nie cały zespół by się z moim zdaniem zgodził, uważam - wyłączając początkowe problemy z dźwiękiem - że był to koncert bardzo udany. Tym razem w robieniu szumu na rozpoczęcie zdarzenia pomagał nam obecny już Bazyl oraz mój brat Marek. Jurek z Bazylem zmieniali się za perkusją na tyle często, że ktoś z publiczności odniósł wrażenie, iż zrobili to również podczas trwania piosenki.
Na lipcowe "święto" zjechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego, gdzie zagraliśmy w tamtym amfiteatrze dosyć oszczędny koncert. Jadąc na miejsce przesiadaliśmy się w Przeworsku. Od tej stacji jechaliśmy w rozpadającym się pociągu. Brudne części siedzeń ledwo wisiały na swoich miejscach. Próba otworzenia okna skończyła się jego opadnięciem i już nie można go było zamknąć. Przesiedliśmy się do innego przedziału. Tu było podobnie, ale okno działało sprawnie. Jakie poświęcenia można znieść dla sztuki? - śmialiśmy się po drodze.<!-- Jako, że jechaliśmy wzdłuż ówczesnej granicy polsko-radzieckiej, usilnie wypatrywałem czołgów i dział, bez rezultatu, a może były dobrze schowane, a może mi się wydawało --> <!-- Jaco, co ty pieprzysz? -->
We wrześniu (18.09.88r.) zagraliśmy ostatni koncert z Puzonem przed jego pierwszym wyjazdem do Stanów. Koncert w Wodzisławiu Śląskim był dosyć udany, zwłaszcza jego końcówka. Zasługiwał na rozpowszechnienie, ale zdarzyło mu się być wydanym akurat za granicą, choć i u nas chodził na video. Była to impreza otwierająca cykl "Muzyczny Salon Odrzuconych". Wkrótce po niej w zinie PENIS UNDERGOUND/NO ALTERNATIVE niejaki Korek napisał o nas bardzo życzliwy komentarz wymieniając nas wśród zasługujących na uwagę, podkreślając dobre teksty i ostrą muzykę. Wraz z P.H.DONNĄ "śmiało" zaliczył nas do "krajowej anarchistycznej sceny".
Po wyjeździe Puzona zrobiło się smutno, ale mieliśmy jeszcze niezły rozpęd i pod koniec tego roku zagraliśmy koncert w Łazach Biegonickich pod Nowym Sączem (17.12.88r.). Śpiewał Paweł. Nie pamiętam nawet jak to się stało. Grunt, że przez jakiś czas dosyć fajnie funkcjonowało. Sam koncert w Łazach był czymś w rodzaju klubowego występu z początków ery punk rocka. Dużo czadu, trochę konstruktywnie, a trochę pod publiczkę. Ze znajomą publicznością zawsze raźniej. Mimo, iż wkrótce po rozpoczęciu instrumenty przestały stroić (o ile w ogóle stroiły) <!-- Nie, instrumenty nie stroiły dopiero na następnym koncercie -->, to atmosfera dobrej zabawy utrzymała się do końca. W tych dniach to jednak na zewnątrz klubu była prawdziwa zima.
W WINTERPRESSie 10 Jurek określił pierwszy koncert w 89 roku (12.04.89r.) w Nowym Sączu jako najgorszy ze wszystkich. Czy było, aż tak źle? Chyba nie. Myślę, że dużo z tego co akurat nie wyszło było dziełem Jurka, który nie był w najlepszej formie i nie wydalał z bębnieniem. <!-- Nie można jednocześnie wydalać dwóch rzeczy --> Ach, to piwo. Co mam za nieciekawe, jeśli chodzi o ten koncert, to jakaś taka ogólna sztywność.
W Pile 16.09.89 roku na dużym koncercie na rzecz uwolnienia Petra Cibulki byliśmy już bardziej swobodni i zagraliśmy pewniej. A w dwa tygodnie później na Winterdays 1 już zupełnie swobodnie. Zagraliśmy całkiem inaczej. Plan był taki, żeby po wstępie grać długo ten sam podkład i z lekka wkurwić tym nastawioną na tradycyjny czad sądecką widownię. Powiódł się tylko częściowo, gdyż nieprzewidzianie akcja ZIMY się spodobała. Ludownia podchwyciła taneczne rytmy. Na scenie pomagało nam mnóstwo osób. Mój brat we wstępie podczas lecącej z głośników Międzynarodówki w wykonaniu Roberta Wyatt'a odczytał fragment z "Zoologii Fantastycznej" Borgesa (biegałem w tym czasie od mikrofonu do mikrofonu i krzyczałem: "zmiany, zmiany, zmiany"), zaś przez cały koncert grupa graficiarzy zamalowywała za nami białą ścianę papieru, a dwaj bębniarze z Rabki bębnili czasem nieprzytomnie, nie reagując nawet na kończące się utwory.
W grudniu (12. i 13.12.89r.) zagraliśmy dwukrotnie w Łodzi na zorganizowanej przez Skibę "potańcówce z okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego". Atmosfery nie było szczególnej. <!-- Ale grali tam ekstra kolesie z Niemiec - Immaculate Molars --> My też nie graliśmy szczególnie, chociaż dość poprawnie. Wkrótce potem rozstaliśmy się z Pawłem i zagraliśmy jeszcze koncert, który był gwoździem do - gotowej już od jakiegoś czasu - trumny. Mowa o imprezie "U Freda" w Stalowej Woli (7.04.90r.). Po udanej próbie popuściliśmy wodze mobilizacji i zagraliśmy tak, jakbyśmy nigdy jeszcze ze sobą nie grali. Koszmar.
Powrót Puzona w 1991 roku zdecydowanie postawił nas na nogi. Ekshumowany nieboszczyk, czyli ZIMA, miał się dobrze jak nigdy. Z konieczności robiliśmy próby u Bazyla w Siennie. Jurek niestety nie mógł dojeżdżać. Miało to jednak ten plus, że Bazyl grał o wiele solidniej i potrafił bardziej urozmaicić granie niż Zimuś. Dwa koncerty tego roku zagraliśmy właśnie z Bazylem. Wszyscy mieliśmy wówczas w sobie dużo czadu i chęci do pracy. Muzyka z tego okresu jest bardzo dobra. Teksty również.
Podczas koncertu Winterdays 4 (23.03.91r.) graliśmy sensownie i pewnie. Wróciło mi pełne - już za czasów NO PASARAN kiełkujące - uczucie, że cały zespół odpowiada za to, co się dzieje na scenie. Był to chyba pierwszy koncert ZIMY (i w ogóle), na którym czułem się bezpiecznie, że nie zostanie zawalony. <!-- A czymżeż to? --> To była sama przyjemność. Niestety, mogłem jej z ZIMĄ zażyć jeszcze tylko raz na koncercie w Nowym Targu, około dwa miesiące później (?), gdzie graliśmy z jakąś bardzo sympatyczną niemiecką kapelką oraz z zabłąkaną kapelą skinowską, która do Nowego Targu przyjechała na zupełnie inną imprezę, której zresztą nie było. Swoją drogą to niezły numer: można by częściej "wysyłać" ekipy skinów na nieistniejące festiwale i koncerty, niech sobie trochę po próżnicy pojeżdżą. Tej kapelce się jednak udało, że przygarnęła ją punkowa impreza, chociaż mało kto ich słuchał, gdyż większość publiczności dość solidarnie wyszła z sali lub siedzieli po bokach zajmując się swoimi sprawami. Gdy jakiś czas później, na koncercie w Zakopanem na rzecz akcji pod tamą czorsztyńską, sprzedawałem kasety ZIMY zauważyłem, że część osób, które chyba były na koncercie w Nowym Targu, myli ZIMę z tą skinowską grupą. Ciekawe, jaki był mechanizm takiej pomyłki.
Druki ulotne najpierw zaczął robić Jurek. Potem ja. Miały na początku w zasadzie wyłącznie ludyczno-artystyczny charakter. Potem Puzon w koprodukcji z niejakim Frankiem zaczęli robić w Radomiu "Pravdę" i "Niepravdę", a Jurek w Nowym Sączu "Winterpress". "Winterpress 10" to prawie wyłącznie jego dzieło. Zaś "Winterpress 11/Sowizdrzał Nowy" to prawie wyłącznie moja produkcja z dużą pomocą Roberta U. Jednak nie był drukowany w większej ilości egzemplarzy.
Z początku działalności ZIMY niektóre utwory powstawały czasem przypadkowo np. podczas nagrywanych prób u mnie w domu, kiedy to popuszczaliśmy wodze fantazji i układaliśmy muzykę do rytmu, który zapodawaliśmy z gramofonu, odtwarzając w kółko jeden rowek z płyty, dajmy na to Africa Simona, i recytując bądź podśpiewując przypadkowy tekst. Tak było właśnie z piosenką "Rady". Podczas jednej z takich prób Jurek otworzył książkę do geografii z liceum i okazało się, że ni-stąd-ni-zowąd zrobiliśmy fajny kawałek. Chwytał za serce wszystkich. Gdzieś nawet chwycił cenzurę, która nie dopuściła tej piosenki do wykonania. Gdzie to było? Nie pamiętam.
Inny problem z cenzurą miała piosenka "Kto ci powiedział?" . Jest tam linijka, która poddaje w wątpliwość sens nacjonalistycznych przekonań. Komunistyczna cenzura widać tym razem nie promowała internacjonalistycznych ideałów i linijkę wykreśliła. Miało to być, jeśli się nie mylę, na koncert w Wodzisławiu, który jednak nie doszedł do skutku. Gdy zaproszono nas ponownie i tym razem koncert się odbył (był to "Muzyczny Salon Odrzuconych") tamta cenzura już nas nie obowiązywała, albo ja źle zrozumiałem lub już niedokładnie pamiętam.
<!-- I ja tam byłem, w tej kapeli na basie czadziłem -->